fbpx

Okiem geografa. Słów kilka o poznańskim rowerze miejskim.

baner_2
baner_2
previous arrow
next arrow

„Od następnego sezonu Miasto Poznań nie będzie dofinansowywało systemu rowerów miejskich” – zapowiedział zastępca prezydenta Poznania Mariusz Wiśniewski.

Na początek może kwota – 4 mln PLN. Tyle corocznie dopłacał ratusz do spółki „Nextbike” aby ta była rentowna. Do tego należy doliczyć 8 mln PLN na infrastrukturę, czyli ścieżki rowerowe, podpórki, stacje naprawcze, stojaki, barierki itp. Środki na dalszy rozwój infrastruktury pozostaną w budżecie, ale firma oferująca przejażdżkę rowerem po mieście musi już liczyć tylko na siebie i potencjalnych klientów.

Jak to możliwe, że ten „biznesplan” spalił na panewce? Przecież ok. 10% Poznaniaków przemieszcza się po mieście właśnie rowerem, ścieżek i stacji nie brakuje, ba są nawet samoobsługowe stacje naprawcze. Miastu Poznań, które określa się „rowerową stolica Polski” udało się przekonać wielu mieszkańców do przesiadki na jednoślady. Co poszło nie tak?

Wniosek pierwszy – rynek się nasycił.

Spójrzmy na mapę poniżej

Mapa nr 1. Rozmieszczenie stacji Poznańskich Rowerów Miejskich
(źródło – https://poznanskirower.pl/)

Co widzimy? Stacji Poznańskich Rowerów Miejskich (PRM) jest zdecydowanie za dużo – ponad setka, ponad 1000 rowerów do dyspozycji. Próżno natomiast ich szukać w pobliżu ogródków działkowych czy w miejscach rekreacji Poznaniaków (Kiekrz, obszary leśne).

Miasto i spółka rozbudowując tak intensywnie całą infrastrukturę chciało chyba docelowo zapewnić taki rodzaj transportu dla każdego mieszkańca, robiąc to bezmyślnie, na tzw. pałę. Nie wzięli pod uwagę tego, że wielu cyklistów zwyczajnie korzysta z własnego roweru. Wielu z tych co korzystało do tej pory z PRM postanowiło albo przesiąść się na szybsze hulajnogi albo kupić własny rower, bo te oferowane przez miasto są wolne, awaryjne, nie można ich o tak sobie zostawić byle gdzie, są stosunkowo drogie itd. Rynek szybko zweryfikował potrzeby.

Zainteresowanie PRM spadło o ponad 30% w skali roku. Co ciekawe – hulajnogi są jeszcze droższe, ale są rentowne. Dlaczego zatem wygrywają z rowerami w obszarze mikromobilności?

Pięć powodów – są prywatne a zatem nie muszą zatrudniać dodatkowych urzędników, są szyte na miarę z zatem nie potrzeba aż tak dużej obsługi serwisowej w związki z rozbuchaną infrastrukturą, są szybsze, mają większą swobodę dotarcia od punktu do punktu oraz rzecz najbardziej oczywista – nie trzeba pedałować.

Skoro już wcześniej rowery stały w nadmiarze na stacjach a elektryczne hulajnogi zaczęły zabierać rynek, to po co robiono kolejne stacje, po co zatrudniano kolejne osoby, po co kupowano dodatkowe maszyny? Jeżeli do tego uwzględnimy antagonistyczną politykę transportową miasta w kontekście samochodów to wniosek nasuwa się jeden – mieszkańców chciano wychować po swojemu nie biorąc pod uwagę potrzeb wolnego rynku (trochę jak w komunie).

Jaśnie nam Panujący Prezydent Jacek Jaśkowiak od lat tępi ruch samochodowy w mieście, rozwija Strefy Płatnego Parkowania, zabiera pasy ruchu, maluje kontrapasy, stawia na absurdalne rozwiązania w obszarach skrzyżowań i rond czym paraliżuje i korkuje miasto dodatkowo zwaśniając cyklistów z kierowcami.

Przykłady Ronda Kaponiera czy tez specjalny przejazd dla rowerów z ul. Kulasa na ul. Kościuszki (dodatkowe światła i korek na ul. Solnej) dobitnie świadczą o braku wyobraźni miejskich włodarzy. Ale miasto nie zamierza poprzestać na ww. absurdach. W planie jest zakup rowerów Cargo, których cena przyprawia o palpitacje serca. Tu mała dygresja – nawet złomiarzy stać na ogarnięcie sprzętu do przewożenia średniego gabarytu a tu miasto chce z naszych podatków wyłożyć kilka milionów po to aby Janusz z Grażyną pojechali do Castoramy po worek gładzi szpachlowej.

Poznań szczyci się, że jest 3-im miastem w Polsce jeśli chodzi o ilość kilometrów ścieżek rowerowych (po Warszawie i Wrocławiu), ale jeśli chodzi o przeliczenie km/mieszkańca to jest poza pierwszą 10-tką. Dodatkowo ta statystyka jest mocno zakłamana gdyż Poznań nadrabia kilometrówkę poprzez długie ciągi jak „Wartostrada” czy wzdłuż ul. Hlonda albo ul. Koszalińskiej.

Należy też wspomnieć, że szereg ścieżek rowerowych jest robionych niegospodarnie. Kilometr asfaltu jest zdecydowanie tańszy jak kilometr kostki brukowej. O różnicach komfortu jazdy po tych nawierzchniach nie trzeba chyba pisać? Kolejną fanaberią jest budowa ciągów pieszo-rowerowych często oddzielonych barierkami jak przy ul. Niestachowskiej. Z drugiej strony brak barierek oddzielających ciągi to możliwość kolizji pieszego, małego dziecka czy pieska z pojazdem. A pamiętajmy, że weszło kulawe „prawo pieszego”, przez które liczba wypadków…wzrosła.

Podsumowując ruch pieszy, ruch rowerowy i ruch samochodowy to powinny być trzy różne układy a nie obecny galimatias.

Co zatem ze spółką „Nextbike”? Czy wytrzyma na rynku bez wsparcia publicznego? Jednym z gwarantów rentowności miały być onegdaj powierzchnie reklamowe dostępne na rowerach. Dlaczego firma tego nie wykorzystała będąc monopolistą? Rozmawiałem z osobą zatrudnioną w dziale reklamy, która stwierdziła lakonicznie „Bo oferowana cena usługi była zwyczajnie za wysoka i było mało chętnych”. A zatem chytry dwa razy traci.

Na koniec smutna refleksja. Rower jest najtańszym środkiem transportu w mieście, tylko dlaczego tak dużo kosztuje podatników?

Jacek Olszewski

Udostępnij
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
baner_2
baner_2
previous arrow
next arrow

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.